Strona główna Społeczeństwo

Tutaj jesteś

Nastrojowa scena w pustym klubie jazzowym, z oświetlonym pianinem i saksofonem, przywołująca klimat muzyki Komedy.

Kim był Krzysztof Komeda? Życie, muzyka, najważniejsze dzieła

Społeczeństwo

Krzysztof Komeda był lekarzem laryngologiem, który porzucił medycynę, by zostać jednym z najważniejszych twórców jazzu i muzyki filmowej w Polsce. To autor ścieżek dźwiękowych do 65 filmów, współpracownik Romana Polańskiego, współtwórca tego, co nazwano polską szkołą jazzu. Jego droga prowadziła z poznańskiej Akademii Medycznej przez zadymione kluby i festiwale po Hollywood, gdzie powstała słynna Kołysanka z „Dziecka Rosemary”. Jeśli chcesz zrozumieć, kim był ten cichy romantyk jazzu i od czego zacząć słuchanie jego muzyki, znajdziesz tutaj konkrety.

Skąd wziął się przyszły „Chopin jazzu”?

27 kwietnia 1931 roku w Poznaniu urodził się chłopiec, którego nazwisko w metryce brzmiało Krzysztof Trzciński. Muzyka pojawiła się bardzo wcześnie – od czwartego roku życia uczył się gry na fortepianie, a jako ośmiolatek dostał się do poznańskiego konserwatorium. Wojnę spędził w Częstochowie, gdzie kontynuował naukę prywatnie u Wandy Kopeckiej, pianistki wykształconej w Petersburgu. Ten fundament klasycznego wykształcenia słychać później w jego harmonii i frazowaniu, nawet wtedy, gdy grał najbardziej nowoczesny jazz.

Dzieciństwo naznaczyła choroba – polio, czyli choroba Heinego‑Medina. Po stosunkowo lekkim przebiegu został trwały ślad: utykanie na jedną nogę i poczucie odmienności. Do tego dochodziła nieśmiałość rudowłosego chłopaka, wzmacniana komentarzami matki, która lubiła przypominać mu o jego wyglądzie. Współcześni wspominali go jako „osobnego”: uprzejmy, uśmiechnięty, a jednocześnie zamknięty, uciekający w świat dźwięków zamiast w rozmowy.

Dzieciństwo i edukacja

Po wojnie rodzina przenosiła się między miastami – był Wałbrzych, był Ostrów Wielkopolski, gdzie w I LO zdał maturę w 1950 roku. Tam powstał jego pierwszy zespół Carioca, grający muzykę taneczną, jeszcze daleką od jazzu nowoorleańskiego czy modern jazzu. Równolegle młody pianista zgłębiał teorię muzyki w szkole państwowej, przygotowując się – w zgodzie z wolą matki – raczej do „poważnego” zawodu niż artystycznego ryzyka.

Pod naciskiem rodziny wybrał medycynę i rozpoczął studia na poznańskiej Akademii Medycznej. Interesowała go laryngologia i foniatria, czyli nauka o głosie, co dobrze koresponduje z jego wrażliwością na brzmienie i barwę. W 1955 roku zdobył dyplom lekarza, a wkrótce potem podjął pracę jako laryngolog. To właśnie wtedy równolegle zaczęło się jego nocne życie – tajne jam sessions w studenckich mieszkaniach, bo w czasach stalinizmu jazz był oficjalnie zakazany jako „niezgodny z socrealizmem”.

Od medycyny do jazzu

Droga do jazzu otworzyła się szerzej dzięki znajomości z basistą Witoldem Kujawskim. To on wciągnął młodego lekarza w środowisko, zachęcił do wyjazdów do Krakowa i Poznania na potajemne sesje z Jerzym „Dudusiem” Matuszkiewiczem czy Andrzejem Trzaskowskim. W jednym z krakowskich mieszkań, gdzie grano po cichu, by nie zwracać uwagi milicji, Trzciński usłyszał wreszcie modern jazz, który naprawdę go poruszył. Wtedy powoli odklejał się od tradycyjnego dixielandu, który grał w zespole Jerzego Grzewińskiego, i szukał własnego języka.

Żeby ukryć swoją pasję przed przełożonymi i partyjną młodzieżówką, zaczął używać pseudonimu „Komeda”. Jedni mówią, że wziął się z dziecięcej zabawy w wojnę i słowa „komęda” napisanej na ścianie, inni – jak prof. Jerzy Woy‑Wojciechowski – że z połączenia „koło medyków”. Faktem jest, że kiedy w latach 50. grał jazz w poznańskich lokalach, został wyrzucony ze Związku Młodzieży Polskiej. To był pierwszy poważny sygnał, że dwóch światów – kliniki i muzyki – nie da się długo godzić.

Jak rodziła się polska szkoła jazzu?

Rok 1956 zmienił jego życie i historię polskiej muzyki rozrywkowej. W atmosferze politycznej odwilży artysta zakłada Komeda Sextet, z którym celuje już wyłącznie w modern jazz. Do składu zaprasza m.in. Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego i wibrafonistę Jerzego Miliana. Ta grupa staje się pierwszym polskim zespołem grającym jazz nowoczesny, bliższy Modern Jazz Quartet niż tradycyjnym orkiestrą dancingowym.

W tym samym roku sekstet występuje na I Ogólnopolskim Festiwalu Muzyki Jazzowej w Sopocie. Wydarzenie przeszło do historii – nagle w centrum oficjalnej kultury pojawia się dotąd tępiona muzyka. Profesor Marek Hendrykowski przypominał, że tydzień po festiwalu prasa była pełna nazwiska Komedy, a „rudy okularnik” stał się symbolem nowej, odradzającej się kultury. Krytycy zaczęli mówić o oryginalnym stylu, w którym jazz łączył się ze słowiańską lirycznością – z tego zrodziło się określenie „polska szkoła jazzu”.

Komeda Sextet

Sekstet bazował na kameralnym, precyzyjnie zaaranżowanym brzmieniu. Instrumentacja nawiązywała do Modern Jazz Quartet czy Gerry Mulligan Quartet, ale harmonika i melodyka były inne – bardziej melancholijne, pełne „półcieni”. Pianista umiał wpleść do jazzu echa muzyki Chopina czy polskich pieśni, nie popadając przy tym w folklorystyczną dosłowność. Ten język okazał się tak sugestywny, że po latach krytycy często nazywali go „Chopinem jazzu”.

W latach 1956–1962 sekstet regularnie pojawia się na krajowych festiwalach i zaczyna wyjeżdżać za granicę – do Moskwy, Grenoble czy Paryża. Programy są coraz ambitniejsze, kulminacją stają się „Etiudy baletowe”, wykonane na Jazz Jamboree ’62. W Polsce przyjęto je chłodno, ale to właśnie ten cykl otworzył Komedzie drzwi do Europy Zachodniej i do kontraktów płytowych z wytwórnią Metronome.

Festiwale, Skandynawia i ECM

Wiosną 1960 roku pianista po raz pierwszy wyjeżdża do Skandynawii. W sztokholmskim klubie Gyllene Cirkeln i kopenhaskim Jazzhus Montmartre gra wśród gwiazd amerykańskiego jazzu i zbiera entuzjastyczne recenzje. Wytwórnia Metronome nagrywa longplay z jego muzyką, z udziałem Allana Botschinsky’ego, Romana „Gucia” Dyląga i perkusisty Rune Carlssona. Te nagrania pokazują europejskim muzykom, że zza żelaznej kurtyny może wyjść coś więcej niż kopia amerykańskich wzorców.

Styl kompozytora – liryczny, chłodny, a przy tym bardzo emocjonalny – okazał się zadziwiająco bliski temu, co kilka lat później zaczęła promować monachijska wytwórnia ECM. Krytycy często podkreślają, że język polskiej szkoły jazzu, ukształtowany w dużej mierze przez Komedę, miał zauważalny wpływ na awangardę lat 70. publikowaną przez ten label. Można więc powiedzieć, że jego muzyka wybiegała poza realia PRL i wpisywała się w szerszy, europejski nurt.

Jaką muzykę filmową stworzył?

W 1958 roku młody reżyser Roman Polański szuka kompozytora do swojej etiudy „Dwaj ludzie z szafą”. Poleca mu go Jerzy Skolimowski – przyjaciel środowiska jazzowego, nazywany „Kibicem”. Reżyser, dopiero raczkujący w zawodzie, z duszą na ramieniu jedzie do znanego już w całej Polsce jazzmana. Kompozytor zgadza się bez wahania, a powstała muzyka staje się jego wejściówką do świata filmu.

Od tego momentu film staje się dla niego drugim – obok sceny – najważniejszym polem działania. W ciągu zaledwie kilkunastu lat napisze ścieżki do 65 filmów, a jego nazwisko będzie się pojawiało w czołówkach obok Andrzeja Wajdy, Janusza Morgensterna czy Janusza Nasfetera. Muzyka filmowa pozwala mu łączyć jazzową improwizację z precyzyjną dramaturgią obrazu.

Współpraca z Polańskim

Z Polańskim pianista stworzy kilka kluczowych dzieł. Po etiudzie „Dwaj ludzie z szafą” przychodzą kolejne tytuły – „Nóż w wodzie”, a w Stanach Zjednoczonych przede wszystkim „Dziecko Rosemary”. Do tego ostatniego powstaje Kołysanka, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tematów w historii kina grozy. W Nowym Jorku nucą ją przechodnie, a w studiu filmowym dyrektor artystyczny Paramountu wiesza nad biurkiem zdjęcie polskiego kompozytora.

W 1968 roku artysta wyjeżdża do Los Angeles, by pracować nad muzyką do „Dziecka Rosemary” i amerykańskiego filmu „The Riot” Buzza Kulika. Dni spędza w studiu, noce – na imprezach w Hollywood z Polańskim, młodymi aktorkami i ludźmi branży filmowej. Czuje się doceniony, ma willę w Beverly Hills, szybkie samochody, perspektywę stabilnej kariery w amerykańskim przemyśle filmowym.

Inni reżyserzy i polskie kino

Równolegle tworzy niezwykle ważny rozdział w historii rodzimego kina. Dla Andrzeja Wajdy pisze muzykę do „Niewinnych czarodziejów”, filmu, który miał opowiedzieć o powojennym młodym pokoleniu. Profesor Marek Hendrykowski przekonuje, że pierwowzorem głównego bohatera Bazylego, granego przez Tadeusza Łomnickiego, był właśnie Komeda – jazzman, który żyje nocą, gra w klubach i unika wielkich słów. W filmie pojawia się zresztą sam, grając przy fortepianie.

Współpracuje też z Januszem Morgensternem („Do widzenia, do jutra”, „Jutro premiera”) oraz Januszem Nasfeterem („Mój stary”, „Zbrodniarz i panna”, „Niekochana”). Te ścieżki dźwiękowe działają na kilku poziomach: są ilustracją, ale też autonomiczną muzyką jazzową, którą można wykonywać na koncertach. Pianista podkreślał, że w filmie nie interesuje go tło – chce, by temat żył własnym życiem także poza ekranem.

Jakie są najważniejsze dzieła i nagrania?

Gdy krytycy mówią o dorobku kompozytora, często przywołują zdanie Pawła Brodowskiego, redaktora naczelnego „Jazz Forum”.

„Komeda był dla Polaków tym, kim Miles Davis dla Amerykanów”.

To porównanie dobrze oddaje status artysty – jego kompozycje stały się punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń, a nagrania wciąż wracają na scenę. Których płyt i utworów warto posłuchać najpierw?

Jednym z symboli jego twórczości jest album „Astigmatic” z 1966 roku, wydany w serii Polish Jazz vol. 5. Nagrany po festiwalu Jazz Jamboree w Filharmonii Narodowej, z Tomaszem Stańką na trąbce, Zbigniewem Namysłowskim na saksofonie, Guenterem Lenzem na kontrabasie i Runem Carlssonem na perkusji, uchodzi za „płytę wszech czasów” polskiego jazzu. Znalazły się na nim trzy rozbudowane kompozycje, które do dziś analizują muzykolodzy i młodzi muzycy.

Płyty autorskie i najważniejsze tytuły

Na półce z autorskimi albumami pianisty wyróżniają się zwłaszcza trzy pozycje. „Crazy Girl” (1962) – zarówno utwór tytułowy, skomponowany dla Zofii Komedowej, jak i cała płyta – pokazują bardziej lekki, taneczny wymiar jego jazzu. „Etiudy baletowe” (wydane za granicą jako „Ballet Etudes / The Music of Komeda”) to z kolei cykl, w którym łączy jazz z formą suity i myśleniem orkiestrowym. Kulminacją dojrzalego stylu jest wspomniany „Astigmatic”.

Te trzy albumy dobrze ilustruje proste zestawienie:

Tytuł płyty Rok wydania Krótka charakterystyka
Crazy Girl 1962 Energetyczny modern jazz, temat dedykowany żonie Zofii
Etiudy baletowe / Ballet Etudes 1963 Suitowy cykl pokazujący jego język kompozytorski
Astigmatic 1966 Rozbudowane formy, uznawane za szczyt polskiego jazzu

Osobną grupę tworzą ścieżki dźwiękowe – na pierwszym miejscu „Rosemary’s Baby” z kultową kołysanką, ale także „Cul‑De‑Sac”, „Le Depart”, „Meine Süsse Europäische Heimat” czy wydany w USA album „The Riot”. Każdy z nich pokazuje inne oblicze artysty: od niepokoju i mroku po subtelną lirykę. Zestawione razem budują obraz twórcy, który nie bał się kina gatunkowego, a jednocześnie zachowywał własny idiom.

Dziedzictwo w nagraniach innych artystów

Po śmierci pianisty jego muzyka zaczęła żyć nowym życiem w interpretacjach kolejnych pokoleń. Tomasz Stańko nagrał albumy „Music for K” i „Litania”, całkowicie poświęcone utworom przyjaciela z lat 60. Dla trębacza – który grał w zespołach Komedy jako bardzo młody muzyk – było to zarówno zamknięcie pewnej osobistej historii, jak i hołd złożony mistrzowi. Z kolei pianista Janusz Olejniczak wplatał utwory Komedy do swoich recitalów obok Chopina, co prowadziło do zabawnych sytuacji, gdy słuchacze pytali, „czyj to inny Chopin”.

Do jego muzyki odwołują się także artyści młodszych generacji – grupa EABS, Wojtek Mazolewski, Leszek Możdżer, Adam Pierończyk, Maciej Obara czy Maria Sadowska. Organizują koncerty poświęcone Komedzie, nagrywają całe programy z jego kompozycjami, a motywy z „Kołysanki” czy „Svantetic” pojawiają się w zupełnie nowych aranżacjach. 16 kwietnia w Warszawie zorganizowano specjalny odsłuch rocznicowego wydania „Astigmatic” z okazji Record Store Day – to pokazuje, że jego płyty wciąż traktuje się jak żywe, a nie muzealne artefakty.

Jak zakończyło się jego życie i co po nim zostało?

Grudzień 1968 roku przyniósł dramatyczny zwrot. Wracając nocą z hulanki w Beverly Hills z pisarzem Markiem Hłaską, kompozytor zamyślił się i przystanął na skarpie. Hłasko, chcąc przyciągnąć jego uwagę, szturchnął go – ten stracił równowagę, spadł i uderzył się w głowę. Szpitalne badania nie wykazały nic groźnego, a on sam dolegliwości tłumaczył „początkami grypy”. Dopiero po kilku tygodniach zdiagnozowano krwiaka mózgu.

Zofia Komedowa dowiedziała się o stanie męża z opóźnieniem i natychmiast poleciała do Stanów. Wspominała, że gdy trzymała jego dłoń, reagował na jej głos i głaskał ją kciukiem, choć ciało było już częściowo sparaliżowane. Po zorganizowaniu transportu do kraju artysta trafił do warszawskiego szpitala, gdzie zmarł 23 kwietnia 1969 roku. Spoczął na cmentarzu Powązkowskim, a na pogrzebie rozbrzmiała „Kołysanka” z „Dziecka Rosemary”.

„Muzyka była w moim życiu ważniejsza” – powtarzał, gdy pytano go, dlaczego porzucił medycynę.

Ta decyzja kosztowała go wiele – konflikt z rodziną, biedne początki w zawilgoconej kawalerce na Żoliborzu, życie na walizkach. W zamian powstał jednak dorobek, który ustawia go – według wielu krytyków – zaraz po Chopinie w historii polskiej muzyki. 27 kwietnia, w rocznicę urodzin, Google przygotowało Google Doodle z jego wizerunkiem, a w klubach i filharmoniach znów grano „Astigmatic” i „Kołysankę”. Muzyka człowieka, którego na co dzień ledwie było słychać w rozmowie, nadal brzmi bardzo głośno.

Redakcja wielkopolska-region.pl

pasją piszemy o Wielkopolsce, przybliżając jej społeczne, biznesowe i kulturalne oblicze. Dzielimy się wiedzą o lokalnych atrakcjach, motoryzacyjnych trendach i stylu życia mieszkańców regionu.

Może Cię również zainteresować

Potrzebujesz więcej informacji?